Wpisy archiwalne w kategorii

Fotografia

Piechotą na Baranią G.

Sobota, 7 czerwca 2014 · Komentarze(1)
Jakiś czas temu miałem przyjemność zdobycia Baraniej przy okazji "Wellness Week" promowanego w pracy u mojej małżonki. W ramach takiego zdrowego tygodnia organizowane są różne ciekawe imprezy, szkolenia (np. nordic walking na którym byliśmy w ubiegłym roku), pracownicy dostają jabłka itp. Samo zdrowie :) Wybraliśmy się więc na wycieczkę. Dojazd własny, organizator zapewniał za to ciepły posiłek na koniec i powrót podstawionym autobusem. Nic tylko korzystać. Garść zdjęć poniżej.








Zielony Kopiec - zdecydowanie moja ulubiona góra w Beskidzie Śląskim.













Pogoda jak widać dopisała. Ale Beskid Śląski to już nie ten Beskid co kiedyś. Pojedyncze odcinki szlaków jeszcze zachowane, ale cała reszta... Zresztą, rzućcie okiem na zdjęcie powyżej - ono najlepiej obrazuje stan tej części polskich gór.

Piiiiiiiiii

Środa, 9 stycznia 2013 · Komentarze(3)
Słyszycie jak bieda piszczy? Wycieczkowa i fotograficzna. Suchary sprzed dwóch miesięcy muszę wrzucać.









Dawno mnie nie było, no nie? Sporo się w tak zwanym międzyczasie zmieniło, długo by opowiadać. Może innym razem. I może nie o 1.15 w nocy.

Idę spać. Bez odbioru.

Torba

Niedziela, 5 lutego 2012 · Komentarze(9)
Jestem uzależniony od torby.

Uwaga, będzie cool story.

Wszystko zaczęło się, kiedy dawno temu napisałem tzw. "list miesiąca" do bikeBoardu i dostałem za to sporą torbę Gianta. Taką co pomieści laptopa i zapas piwa na cały weekend. Dawała radę przez spory okres czasu i pewnie dawała by dalej, ale zrobiła się w niej dziura i w ogóle zbrzydła (obiektywnie, nie mnie zbrzydła). Poszła więc do kosza. Zostałem jak bez ręki :)

Jakiś czas później wpadła mi w oko w Silesia City Center fajna torba Burtona, ale była w jakiejś dziwnej wersji kolorystycznej, no i kosztowała ponad dwie stówy. Odpuściłem.

Aż w końcu... nastał nowy sezon, Burton zrobił nowe torby a tę która wpadła mi w oko wypatrzyłem w sklepie netowym w Czechach, za 150 zł, w dobrym kolorze. Nic tylko brać. Spojrzałem w dane kontaktowe... Trzyniec. Toż to rzut beretem. Zamówiłem na osobni odber i trza było się kopsnąć :)

Ale na zewnątrz minus dwadzieścia...

Więc - grube skarpety, ocieplana polarem lajkra, koszulka rowerowa, ocieplana polarem bluza do biegania. Bojówki, druga bluza. Kurtka z membraną, dwie kominiarki, ciepła czapa, wysokie buty trekingowe, dwie pary rękawic i w drogę. Na gębę oczywiście gruba warstwa tłustego kremu.


Henryk na wale. To równe białe to rz. Olza :)

Pojechałem wałem. Tak się składa, że obrzeżami Trzyńca, podobnie jak środkiem Cieszyna płynie Olza - więc z Cieszyna do Trzyńca można łatwo się dostać jadąc ścieżką wiodącą po wale przeciwpowodziowym. Oczywiście po czeskiej stronie, po polskiej nie ma wałów, są "tereny zalewowe" - czyli te z prywatnymi domkami. Ech, co za kraj ;)


Tutaj już widać rzekę. Miejscami nie była zamarznięta.


Strzał w stronę Trzyńca, już podczas drogi powrotnej. Warunki były dobre, tylko ta temperatura...

W tamtą stronę nie zmarzłem wcale, w drodze powrotnej było pod wiatr, więc zmarzło mi czoło i trochę dłonie. Muszę zainwestować w rowerowe rękawice zimowe. Po powrocie rozgrzewający strzał z domowej wiśniówki i tak oto otwarłem rowerowy sezon 2012 :)


No i jeszcze na koniec, zakupiona torba ;)

Pozdrawiam i do następnego :)

Stwarzanie pozorów

Sobota, 31 grudnia 2011 · Komentarze(7)
Mało się ostatnio tutaj dzieje, rower stoi w kącie. Mam niby zaległą wycieczkę na 40 kilka kilometrów, ale nie mam z niej zdjęć, bo aparat ładnie mi powiedział "Brak karty pamięciowej" na co ja mu mniej ładnie "nosz... nieważne" ;) Relacji bez zdjęć nie chcę wstawiać, bo to nie ma sensu moim zdaniem, mam nadzieję, że do poziomu "DPD" temu blogowi daleko i mam też nadzieję nie zbliżać się do niego za bardzo.

No, ale. Znajomi patrzą, więc jakieś pozory stwarzać trzeba. Stwarzaliśmy więc, pięcioosobowym składem, w Beskidzie Żywieckim, na tyle intensywnie, że kolano zepsułem. Galeria ze stwarzania poniżej, zapraszam.

PS. Mimo że sam już w to nie wierzę - naprawdę tak było jak na zdjęciach. Dla niezorientowanych - to białe to śnieg.

PPS. Ale i tak wolę aurę jaka panuje obecnie, czyli prawie 10 stopni w plusie :) Może sobie lać :D


Zaczynamy, gdzieś w Rycerce Górnej, uderzamy w zielony szlak na Przegibek. Zielony traci nam się szybko na rzecz czarnego rowerowego - w końcu sami rowerzyści idą ;)


To już na Przegibku, tutaj przychodzi nam zmierzyć się z fragmentem szlaku czarnego. Zmierzyć to dobre określenie, bo od tej pory szlak był zupełnie nieprzetarty.


Brniemy więc, po kolana w śniegu :)


Robi się wąsko i całkiem przyjemnie. Nemo opowiada jak śmigał tędy na rowerze, na ostatniej trzydniowej (tej co ostatni dzień odpuściłem). Szlaczek bardzo zacny.


Przed samą bacówką zaczyna się kosmos.


A to już finałowa polana i bacówka. Szczerze mówiąc, oglądając drzewa w ostatnim lesie przed, zastanawialiśmy się, czy w ogóle domek zobaczymy, czy tylko wielką kupę białego...


W schronisku siedzimy około pół godziny, po czym zwijamy się z powrotem. Pogoda robi się nieco lepsza, choć po tym zdjęciu tego nie widać. Polana nie jest odśnieżona (jak to?! :D), więc do szlaku wracamy po własnych śladach, znów zapadając się po kolana.


Coś tam widać.


W końcu docieramy do Przegibka, idzie o wiele sprawniej, bo trochę grup wydeptało już niezłą ścieżkę. Okolice Przegibka przejechane już ratrakiem, orczyk śmiga, sporo narciarzy.


Pogoda coraz lepsza, chmury ustępują miejsca słońcu.


Jak znalazł, bo na koniec roku złota godzina wypada około 15.00 :)


Cykam nieco więcej fot, przez co ekipa znika mi w lesie. Jedynie Spojler dotrzymuje towarzystwa.


Tymczasem jest coraz lepiej. Obraz w wizjerze przypomina mi widziane w sieci zdjęcia IR. Czad.


Drzewa i zaspy rzucają fantastyczne długie cienie.


Na niebie odrobina błękitu.


...


...


Ludzie też rzucają cienie, z którymi nieudolnie walczę stemplem. Ma ktoś jakiś dobry sposób na likwidację cieni na zdjęciu?


Jeszcze kilka ostatnich zakrętów...


Na jednym z nich spotykamy Kamila, który odłączył się od wcześniejszej gry i czekał na nas. W końcu docieramy do aut.

I to by było na tyle, 7 godzin łażenia w dwudziestu kadrach. Mam nadzieję, że się podobało - bo mi łazikowanie zimą przypadło do gustu i takie galerie jeszcze się tu pojawią :)

Pozdrawiam i do następnego :)

Back to click (NR#3)

Sobota, 5 listopada 2011 · Komentarze(5)
Króciutki wypad na miasto, ot, raptem 12 km. Bardziej na foty niż na dystans, ale jakoś i jedno i drugie mizerne. Testy nowego szpeju. Wyniki jak zwykle na obrazkach...


Dziś jazda bez celu trochę, próbuję dostać się na ulicę Majową i skoczyć na Kopce, ale nie udaje mi się ta sztuka i trafiam na most nad przejściem granicznym dla ciężarówek.


Następnie śmigam w dół ulicą Kościelną, faktycznie mijam jakiś kościół - o istnieniu którego nawet nie wiedziałem. Świątynia jak sto innych, ale nieco niżej trafia się taka industrialna perełka. Uwielbiam takie klimaty :) To ten sam wiadukt, który fotografowałem przy okazji NR#1, teraz jednak mam trochę lepszą perspektywę.


A to nowe szpeje. Do kompletu buty Shimano MT41, nie kombinowałem wiele i wybrałem marki które najlepiej mi się sprawdziły.


Rezygnuję z Kopców, skręcam w drogę oznaczoną jako "ślepa ulica". Okazuję się, że ślepa wkrótce przestanie być, asfalt dochodzi z dwóch stron do torów, brakuje tylko przejazdu. Dla roweru to nie jest akurat problem :)


Wyjeżdżam na deptaku nad Olzą, po drodze straszę jakąś parę na ławce i fotografuję rzekę :)


Na koniec jeszcze dwa charakterystyczne obiekty pod zamkiem, sztuka nowoczesna w postaci różowego jelenia...


...oraz bardziej klasyczna w postaci cieszyńskiej Nike. Stamtąd już prosto do domu.

Pozdrawiam i do następnego :)

Jesienny rowerowy kac

Wtorek, 1 listopada 2011 · Komentarze(5)
Korzystając z uroków długiego weekendu, możliwości leniuchowania, wyspania się, etc. postanowiłem wybrać się na rower. Za dnia. Zrzuciłem więc z wyra swoje zwłoki około 5.30 rano, aby godzinę później wyruszyć w trasę. Góry odpuściłem, ze względu na małą ilość jazdy w tym roku i jeszcze mniejszą w ostatnich tygodniach, miast tego wybrałem się na spokojną wycieczkę w okolicach Cieszyna. Wyszło tego całe 45 km, a jak wyglądało - możecie zobaczyć poniżej:


Przez pierwsze kilometry wymarzłem niesamowicie, dopiero po około piątce zrobiło mi się jako tako ciepło. W Pogwizdowie wita mnie wstające słoneczko.


W lesie lekka mgła, która będzie towarzyszyć mi cały czas.


W tym miejscu przychodzi mi na myśl, by nie jechać na Skoczów, tylko zupełnie nową (dla mnie) trasą na Zebrzydowice.


Ta decyzja szybko okazuje się brzemienna w skutki, po drodze mijam dość częsty na polskich szlakach rowerowych przypadek - dwie krzyżujące się prostopadle drogi i kompletny brak oznaczeń. Droga wiodąca prosto kończy się za kilkaset metrów w jakichś chaszczach.


Godzinę później... znajduję w lesie bojler.


Na skraju takiego lasu, mówiąc konkretnie. Obok bojlera jest jakiś budynek i zarośnięta szutrowa droga, która prowadzi mnie...


...do cywilizacji. Jadąc wzdłuż torów docieram do czegoś przypominającego stację PKP z czasów Gierka, analiza brudu na ścianie (napisu już brak) pozwala stwierdzić, że to Kaczyce. Rzucam okiem na mapę - łooo, w 1.5 godziny zrobiłem 2.5 kilometra, jak miło.


Na szczęście w Kaczycach szybko znajduję szlak którym miałem jechać i ruszam w stronę Zebrzydowic. Robi się całkiem przyjemnie.


Ruch na drogach znikomy, pomimo że to 01.11, więcej aut tylko w okolicach kościołów i cmentarzy.


Jest już całkiem fajnie, aż tu nagle... biało. Warunki znów takie, że czasem drogę można przeoczyć nie mówiąc już o oznaczeniach szlaku.


W dwóch czy trzech miejscach tnę otaczające mnie mleko rozdzierającym wyciem tarcz - tam gdzie skręt w lewo należy wykonać przed znakiem z rowerem i strzałką :)


W końcu pojawia się światełko w tunelu - to już cel!


Przez Zebrzydowice przejeżdżam niezauważony, prawdę powiedziawszy ja też nikogo nie zauważam - miejscowość jakby jeszcze nie obudziła się do życia. To w sumie dość dziwne, jest już niemalże dziewiąta, a ja przemykam przez samo centrum...


Mgły pomalutku ustępują, robi się też coraz cieplej. Zaczynam odczuwać specyfikę trasy - pierwsze 20 km po płaskim, drugie 20 to same pagórki :)


Resztki lata jak co roku walczą z nadciągającą zimą, serwując nam, ludziom, piękny choć krótkotrwały spektakl barw i kontrastów.


Robię dłuższą przerwę, temperatura w słońcu zachęca do wyciągnięcia się w trawie, niestety...


... z jednej strony zaorane pole, z drugiej natomiast...


... pełno wody :) Zamiast wyciągać, składam się w harmonijkę i łapię w kadry kilka pajęczyn z kropelkami rosy.


Po przerwie solidna porcja zjazdu. Docieram do Pomarańczowego Lasu, który jest już całkiem pomarańczowy :)


Stamtąd spokojne młynkowanie pod chyba największą górę dzisiejszego dnia - na odcinku około 1.5 km trzeba odrobić blisko 100 metrów w pionie. Na szczęście największa jest zarazem ostatnią - do domu już tylko w dół :)


A teraz, skoro już dotarliście do tego momentu - pytanie związane z tytułem. Często zdarza się, że po powrocie z roweru czuje się dokładnie tak, jakbym miał kaca. Brakuje tylko trampka w gębie, ale reszta objawów się zgadza - ból głowy, niechęć do jedzenia, senność i ogólnie złe samopoczucie. Dodatkowo z reguły jest tak, że w nogach znalazłbym jeszcze siłę na kilkanaście kilometrów. Co może być przyczyną takiego stanu rzeczy? Mam kilka typów, ale nie chcę nikogo nakierowywać, ciekaw jestem czy ktoś z Was miał podobne doświadczenia i czy znalazł przyczynę problemu...


Pozdrawiam i do następnego :)

NR#2

Sobota, 29 października 2011 · Komentarze(0)
Hah, jest trzecia w nocy a ja piszę relację na bikestatsa :D No, ale można by rzec, że tyle co wróciłem - niecałą godzinę temu. Dziś wyszło więcej ciut niż ostatnio - całe 16 km. Miało być jeszcze więcej, ale główne światło odmówiło współpracy - znaczy baterie padły.

Warun przyzwoity, ciepło, mgły jedynie w okolicy strumyków. Tak to można jeździć. Na powietrzu łącznie około trzech godzin, z czego samej jazdy godzina i 10 minut. Do kompletu powiem, że średnia wyszła 14, a maksymalną wykręciłem na zjeździe ul. Katowicką w stronę domu - 53 km/h z malutkim groszem. Krosiarz się ze mnie zrobił, od ET w Krynicy na kierze po prawej od mostka licznik siedzi :)

No, dość biadolenia, zapraszam na foty:


Pierwszy większy podjazd. Zdjęcie aż zrobiłem, bo zanim zdrowy rozsądek się odezwał, oczy stwierdziły: "Śnieg?!"


To już na górze. Aparat znów Katarzyny, muszę CHDK na nim zainstalować, więcej się z niego wyciśnie.


Cieszyn, osiedle Podgórze bodajże.




Te trzy światełka na krzyż to chyba Ustroń :)


Podczas robienia tego zdjęcia przejechał obok mnie pierwszy od X czasu samochód. Za chwilę zatrzymał się, wrzucił wsteczny, podjechał i zaczął się rozglądać. Trochę zdębiałem, bo sytuacja mało ciekawa. Okazało się, że gość zobaczył rower w lusterku (miałem włączone lampki) i podjechał zapytać czy coś się nie stało. Sympatycznie :)


To już kawałek dalej, ul. Słowicza. Transformator jaki jest, każdy widzi.


Aby nie wyjechać zbyt szybko w centrum odbijam w bok. Trafiam na kościół...


...i cmentarz. W nocy bardzo ciekawe miejsce :)


W końcu docieram nad drogę S1 Bielsko - Cieszyn. Długo tam stoję, bo jak na złość nic nie chce jechać. Może dlatego, że już po pierwszej było?


Przy fotce drugiej strony jeszcze gorzej. Cały jeden tir przejechał.


Tablice. Niezłe miejsce na zdjęcia jest na terenie stadniny koni, ale cykałem na szybko, bo nie chciało mi się roweru przerzucać przez barierki i został na widoku. Może kolejnym razem.


Katowicka. Miałem tylko przeciąć i śmignąć jeszcze na Kopce, niestety, zanim do Katowickiej dojechałem zabrakło prądu. A z taką lampką na kierownicy, w której baterie siedzą "nie wiem ile, ale na pewno długo" w teren się nie mam ochoty pchać :)

Pozdrawiam i do następnego :)

NR#1

Niedziela, 23 października 2011 · Komentarze(6)
Co wierniejsi czytelnicy pamiętają (a ci dociekliwi pewnie znaleźli), że dawno dawno temu wpisy zaczynałem od zdjęcia przedstawiającego zegarek. Ten też będzie taki :)

No to lecimy:


Zaczynam, że tak powiem, dość późno. Ale ochota na rower wielka.


Rzut okiem za okno - "łoooo, jest klimat". Dziesięć minut później już na siodełku. Rześko.


Jazda była od razu testem nowej lampy, niestety we mgle, więc test mało miarodajny. Lampa docelowo ma być na głowie, tym razem jednak na kierownicy - przy takiej mgle i lampce na kasku widziałbym tylko białą ścianę. Ogólne wrażenia niezłe, trochę tych lumenów jednak jest. Porównując z lampką authora, którą miałem do tej pory... no cóż, do teraz błądziłem po omacku ;)


Wbijam w teren, zamiast widoków mam niestety całkowitą ciemność i... siatkę z tabliczkami "Teren budowy". Słyszałem że mieli tor MX przerabiać, ale to już? Muszę się wybrać tam za dnia. Wylatuję w totalnym lesie, ogarniam kilka ścianek i w końcu cudem znajduję ścieżkę która wyprowadza mnie z powrotem do cywilizacji. Aż się pić zachciało. W butelce nie to co myślicie, po prostu nie miałem małej plastikowej :)


Pomału jadę w stronę domu, cykając po drodze co ciekawsze miejsca.


Uwielbiam takie klimaty! Prawie jak Fallout ;)


Mgła nie ustępuje.


To już KRAFT, gdzie robią wasze ulubione Prince Polo, znak że do domu jeszcze kilkaset metrów... Zdjęcie z samochodem trochę fuksem, liczba aut w ruchu które widziałem zmieściła by się na palcach jednej ręki...


Po drodze zaglądam na Kaufland, aby skoczyć z 30 cm krawężnika (fajne miejsce na test zawieszenia). Zajeżdżam, a tam... leży sobie wózek. To trzeba było uwiecznić :)


Jeszcze tylko rondo i wbijam do chaty. Wyszło wszystkiego około dwóch godzin, w tym niecała godzina samej jazdy :)

Pozdrawiam i do następnego :)

Wakacje 2011

Sobota, 8 października 2011 · Komentarze(3)
Kategoria Blog, Fotografia
Tym razem wpis absolutnie nierowerowy. Jako, że za oknem nieciekawie a i temperatury ostatnio nie nastrajają pozytywnie, poniżej kilka widoczków wybranych spośród tego co zaserwowało Kasi i mnie nasze polskie morze, w dniach 23.09 - 08.10 :) Zapraszam do galerii:


Pierwszy dzień i pierwszy zachód słońca. Mieliśmy oglądać codziennie, skończyło się na dwóch.


Zachody są bez dwóch zdań piękne, jednak do bólu przewidywalne.


Ponadto brak jakichkolwiek elementów terenowych powoduje, że w kadrze panuje tylko feeria barw, niebezpiecznie dążąca w stronę kiczu. No ileż można :)


Lepiej pocykać równie kiczowate "pocztówki znad morza" robione w pełnym słońcu ;)


Za dnia przynajmniej jakieś ptaki się trafią, lub inne nieprzewidywalne elementy.


No dobra, bywało że się nie trafiały ;)


O, to był nieprzewidywalny element. Tyle dobrze, że nie element marginesu społecznego. Proszę państwa, Morze Bałtyckie, 1 października 2011. Na zdjęciu moja skromna persona (tak, to ten w gaciach w różowe kwiatki).


Niestety już kilka dni później róże trzeba było zmienić na moro, i do tego dołożyć kurtkę. Skończyło się lato, zaczęła się jesień.


Jedyny podczas wyjazdu wypad do Wolińskiego Parku Narodowego, ciut szkoda teraz, bo tereny rewelacyjne. Zarówno pod buty, jak i (tym bardziej) pod koła roweru - i to mtb. Lokalesi, wolno tam śmigać po parku?


Tak, zlało nas i to solidnie.


Dzień po sztormie i na plaży pełno nowych patyków :) Kto wie skąd przypłynął. Może to fragment jakiegoś zagubionego galeonu? :D


W okolicach 0 m n. p. m. płasko i nudnawo, więc niebo nadrabia zaległości.


Duże fale uformowały nawet taki mini klif, miało toto wysokość gdzieś do kolan :)


Przedostatni i ostatni dzień już brzydsze. Morze żegna nas za to tęczą.


Potem kilka godzin w aucie i Vítáme Vás v Těšíně :)


Wakacje mega luzackie, wypoczynek pełną gębą. Szczęście mieliśmy niesamowite, urlop rezerwowany był początkiem marca, po drodze zdążyliśmy zapomnieć w jakim pensjonacie mamy pokój (sic!), a jak przyjechaliśmy to z całych dwóch tygodni połowa nadawała się do leżenia na plaży, kilka dni było wręcz gorących - można było się spokojnie kąpać w morzu. Padało tylko przez jedno popołudnie. Dodatkowo termin wczasów pozwolił uniknąć tłumów rozwrzeszczanych dzieciaków i ich otumanionych słońcem rodziców na plaży. Cisza, spokój, żyć nie umierać :)

Enduro Trophy Krynica

Sobota, 17 września 2011 · Komentarze(2)
Oj, ale narobiłem sobie zaległości. Z ponad miesięcznym opóźnieniem wrzucam zdjęcia z ET w Krynicy. To było 17 września, już niemal nie pamiętam co się tam działo ;)


OS1 - podjazd. Na fotce zwycięzca kategorii podjazdowej, forumowy Jerzy_MTB.


Znów podjazd, tym razem na fotce mój cieszyński znajomy - Szuwar.


Koniec podjazdu, Szczavik wpada w ręce Harrego, który z gracją kasjerki z dwudziestoletnim stażem pracy sczytuje kod kreskowy z numeru startowego :)


OS2, trasa zjazdowa z Wierchomli, zdecydowanie najlepszy odcinek na całej trasie. Od samego początku do samego końca :)


Odcinek oferował najróżniejsze przeszkody, w znakomitej części sztuczne. Pure flow.


Wito pojechał po bandzie i załapał się na ostre zdjęcie :)


Nawet rockgarden na trasie był sztucznie ułożony, Beskid Sądecki oferuje z reguły o wiele gładsze nawierzchnie.


Korzenie wzbogacone poprzecznymi uskokami z całych drzew.


Końcówka to dość stromy szuter z wielkimi koleinami wypłukanymi przez wodę, wielu kończyło właśnie tak.


Ścianka na OS4, pomyliłem drogi i nie trafiłem w ogóle na start tego odcinka, przez co dostałem DNF do tabelki. Wbiłem się na trasę paręset metrów niżej, więc foty na szczęście są :) Natomiast OS3 jakoś mi przepłynął, nie było spektakularnych miejsc na foty na nim. Ale był fajny, uwierzcie na słowo :)


OS4 i o ile dobrze pamiętam Diabelski Kamień, bardzo fajne miejsce.


Ciśnie Nemo...


...dalej Lama... Kupił znów fulla, tym razem bardziej XC. Ale pomimo pierwszego startu w ET i roku przerwy od roweru objechał niejednego. Spragniony chłopak jazdy ;)


Za kamieniami odcinek czwarty zmieniał się w stromą ścianę ze zdradliwymi zakrętami i rowami. Dzień przed zawodami ktoś się nieźle potrzaskał na tym szlaku.


A to już ścianka na OS5 i... man, you're doing it wrong! Poleciał centralnie na pysk, pozbierał się szybciej niż upadał i pognał dalej.


Paweł ZZZ idealnie wpasował się w linię zjazdu.


Szuwar nie mógł się zdecydować jak jechać i skoczył ładne 1.5 metra w dół. Ustał i pojechał dalej. Ja tam miałem biedę zejść...


A na koniec jeszcze Siokim, który jak zwykle zostawił za sobą tylko latające kamienie.

Generalnie - edycja łatwa, bardziej kondycyjna niż techniczna. Czy będę za nią tęsknił jeśli ORGi nie zdecydują się na powtórkę? Nie wiem, a jeśli tak, to dlatego, że tamtejsze rejony są genialne do jazdy na rowerze all-mountain. Nie za trudne, nie za łatwe. Nie ma olbrzymich ilości kamieni, grzbiety falują łagodnie - najdłuższy wypych trwał 30 minut - a to tylko dlatego, że nie chcieliśmy nadkładać drogi i podjeżdżać godzinę - więc wybraliśmy mocno stromy, ale prowadzący w linii prostej do celu szlak. Poza tym wszystko dało się podjechać.

Jeśli więc nie będzie tam ET... to i tak warto się tam wybrać. Mimo, że z moich rejonów to ponad 200 km w jedną stronę.

Pozdrawiam i do następnego :)